06 maja 2015

Szyld

Idąc za ciosem, postanowiłam zrobić do mojej "nowej" kuchni, coś nowego, coś co by do niej pasowało, a nie było tylko zwykłym kuchennym wyposażeniem. Postanowiłam zaszaleć i zrobić do kuchni nową dekorację. I wymyśliłam, że to będzie szyld. Napis na drewnianej desce, która swego czasu leżała u mnie pod blokiem. Jakaś stara półka czy coś.


Pociągnęłam deskę białą farbą, wyciągnęłam czarną, namieszałam trochę szarej i zrobiła napis. Miało być trochę staro i nierówno.



Deskę postanowiłam zamontować w miejscu, gdzie do tej pory była półeczka na przyprawy. Nie korzystałam z niej wogóle. Taki nietrafiony prezent. Ale dzięki temu miałam w kafelkach wywierconą dziurę. Wystarczyło tylko wywiercić dziurę w desce.Wyciągnęłam do tego mój zabytkowy sprzęt. Moją zabytkową wiertareczkę. Można by rzec, że to wiertarka retro, więc idealnie pasowała do wiercenia dziury w postarzanym szyldzie.



A tak wyglądała półka na przyprawy.


A tak wygląda to miejsce z szyldem.



Wiem, że napis trochę mało kuchenny, ale mnie teraz takie hasła bardziej są potrzebne, niż np. EAT. Lubię jeść, więc o tym raczej nie zapomnę, a o dobrym samopoczuciu lepiej jak będzie mi coś przypominać.

Pozdrawiam


04 maja 2015

Moja kuchnia

Moja kuchnia to moja zmora. Nigdy jej nie pokazywałam i od miesiąca zastanawiam się czy to zrobić, bo już od miesiąca wygląda trochę lepiej. Lepiej, ale jak się okazało na zdjęciach, dalej nie na tyle dobrze, żebym mogła się nią pochwalić. Na żywo to co innego, bo zmiana jest duża, ale zdjęcia jakoś tego nie umią uchwycić.
Ale może zacznę od tego, dlaczego moja kuchnia była taka jaka była. A była taka:
(Wybaczcie, nawet jej nie uprzątnęłam. Może to przez tą moją awersję do niej i przekonanie, że ani porządek, ani ładne dodatki nie polepszą jej wyglądu.)




Najtańsze marketowe meble. I do tego czerwone. I do tego niepraktyczne. Taki miałam kaprys ponad 5 lat temu, kiedy zdecydowałam się na ich kupno. A wyobraźcie sobie, że kupiłam je kiedy nie mieliśmy jeszcze mieszkania. Zabawne prawda? Byłam już w dziewiątym miesiącu ciąży i od ponad pół roku bezskutecznie szukaliśmy naszego wymarzonego M, by jak najszybciej wyprowadzić się z obskurnej kawalerki. Jak dobrze pamiętam, byłam odwiedzić szpital, w którym miałam rodzić, by dowiedzieć się co i jak. Na przeciwko znajdował się właśnie jeden z tych budowlanych marketów. Poszliśmy sobie pooglądać i ni stąd ni zowąd dokonaliśmy najbardziej niekontrolowanego zakupu jaki można było dokonać.
Nie będę też ukrywać, że musieliśmy liczyć każdy wydawany grosz, więc i całe wyposażenie kuchni jest jakie jest, a i po prostu kiedyś podobało mi się zupełnie coś innego.
Więc kiedy gust mój się zmienił, a nastąpiło to dość szybko po przeprowadzce, moja kuchnia stała się moją zmorą. I tak sobie żyłyśmy obok siebie, ja i moja kuchnia i chwilami już miałam ochotę by coś z nią zrobić, ale brakowało mi odwagi. Jej całkowity remont oczywiście nie wchodzi w grę i długo jeszcze nie będzie. Koszt to przecież byłby ogromny. Wymiana frontów? Sposób łatwy i szybki. Dalej jednak zbyt kosztowny. I tak mnie coś ciągle pchało do tego by te szafki po prostu przemalować. Ale czy to da radę? Czy to wytrzyma? Nie chciałam też wydawać pieniążków na te fajowskie (czyt. drogie) farby, które by pewnie podołały zadaniu, ale już naprawdę, naprawdę chciałam mieć białą kuchnię.
Decyzja zapadła jakieś dwa tygodnie przed świętami Wielkanocnymi. Przecież już tyle rzeczy i tyle różnych powierzchni malowałam zwykłą akrylową i wszystko do tej pory się trzyma. Dlaczego więc nie spróbować?
Więc co tam, raz się żyje. Malowania było sporo, każdą część pokryłam pięcioma warstwami. Naprawdę ciężko było zakryć tą czerwień. W trakcie okazało się, że gładkie, białe fronty są zbyt gładkie, więc ozdobiłam je, przyklejając drewniane listwy. Było więc też sporo cięcia i szlifowania. Zrobił się z tego troszkę dłuższy remoncik niż myślałam, ale przynajmniej na święta moja kuchnia wyglądała już tak:


Ta szara, wysunięta do przodu ściana, to tak naprawdę komin wentylacyjny czy coś. W każdym razie nie polepsza on ustawności kuchni i nic nie da się z nim zrobić, ani nic na nim powiesić, ani tym bardziej zburzyć. Trzeba było więc go wykorzystać jako element dekoracyjny. Na samym początku miała się na mi znaleźć fototapeta. Zrezygnowałam z tego pomysłu po przejrzeniu pięćdziesiątej strony ze zdjęciami na pierwszej lepszej stronie z fototapetami. Ciężko było się na coś zdecydować. Przez lata więc zdobiły go piękne bazgroły Tosi. Pozwalając jej na malowanie na tej ścianie, miałam pewność, że pozostawi w spokoju inne ściany, a mnie tam było już wszystko jedno.
Na szaro pomalowałam ją przed Bożym Narodzeniem. Bardzo spontaniczna, ale bardzo trafna decyzja.






Uchwyty przy szufladach, to przerobione i pomalowane stare uchwyty. Drewniane gałki zamówiłam na allegro za kilka złotych i też przemalowałam.



Trochę lepiej. Mam nadzieję, że też tak uważacie. Oczywiście to dopiero początek zmian, które będą niestety bardzo rozciągnięte w czasie, ale gorąco wierzę, że niewielkim kosztem uda mi się w końcu uzyskać upragniony efekt.
A kiedyś, kiedy wygram w totka, zrobię sobie kuchnię marzeń.

Pozdrawiam


03 kwietnia 2015

Wielkanocnie

Po dość długiej przerwie, wracam z nowym postem.
Choć za oknem zima, u mnie zagościły wiosenno- wielkanocne klimaty. Zapraszam do obejrzenia zdjęć.

Moja ulubiona komoda, jak zwykle zmieniła swoje przybranie. Jest idealnym miejscem na eksponowanie klimatycznych i tematycznych dekoracji.



Zawsze marzył mi się duży, prosty, ceramiczny zając. Jednak zamiast takiego kupić, postawiłam sobie takiego zrobić. Z początku miał być tylko z masy solnej, pokryłam go jednak warstwą gazet i rozwodnionego kleju z mąki. Całość pomalowałam kilka razy. Wyszło całkiem, całkiem, choć wołałabym większy połysk, taki bardziej ceramiczny. Trzeba się zastanowić nad inną farbą.


Jaja w słoju.



W końcu też zrobiłam sobie dekoracje z wydmuszek i rzeżuchy. W tym roku jakoś tak wyjątkowo dużo tych wielkanocnych akcentów, w porównaniu z zeszłym rokiem. Jakoś tak bardziej kolorowo i kwieciście. Może to przez tą zimową aurę do kolorów tak mnie pcha.


I powstały też nowe zajączki.


Nie mogło też zabraknąć brzozowych gałązek i kolejnego stadka zajączków.



Mam niedaleko domu świetną kwiaciarnię. Taką, co oprócz żywych kwiatów i roślin ma też piękne dekoracje i świetnej jakości kwiaty sztuczne. I choć sztuczności nie lubię, to te kwiaty z wielką przyjemnością do domu przyniosłam. Pięknie wyglądają.


To by było na tyle:)
Pozdrawiam i obiecuję, że przez najbliższy czas nie zniknę na tak długo.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...